Wrocławski Marzec ’68

Pozwoliłem sobie przepisać list jednej z czytelniczek tygodnika ‚Angora’. Ciekawie jest on napisany, a tym bardziej dotyka ciekawego tematu.

Wrocławski Marzec ’68

Marzec 1968 r. przeżyłam na Alma Mater Vratislaviensis. Byłam wtedy studentką V roku polonistyki. Minęło 40 lat, okrągła rocznica, a mnie zebrało się na wspominki. Do dziś przechowuję mały, niebieski kalendarzyk z zaznaczoną datą: 14 i 15 marca – wiec protestacyjny. Do dziś mam starą kartkę „prośbowego papieru” z zapisaną rezolucją studentów wrocławskich wyższych uczelni, współredagowaną trochę „na wieży”, a trochę Auli Leopoldina (bo każdy punkt konsultowano ze strajkującymi studentami).

Z rezolucją, którą naiwnie kierowaliśmy z ówczesnego Sejmu. Mam też powielaczową odbitkę oceny wypadków marcowych na Politechnice Wrocławskiej, której studentem był mój chłopak, obecny mąż. Pamiętam niezwykłą atmosferę tamtych dni i ogromne rozczarowanie później.

Jak to się zaczęło? Warszawska młodzież zaprotestowała, gdy zdjęto ze sceny Dejmkowe „Dziady”. Pantoflową pocztą i z Wolnej Europy dotarły wieści o pałowaniu, ciężkich p pobiciach i zamykaniu młodych ludzi w więzieniach. Pantoflową – bo rzetelnych, oficjalnych komunikatów nie było. Z resztą zajęta wykańczaniem pracy magisterskiej i przygotowaniem do ostatnich egzaminów, nie miałam czasu na inne sprawy. Nie pasjonowała mnie polityka, nie wiedziałam, co to syjonizm, choć brałam dość żywy udział w życiu studenckim, zwłaszcza do IV roku.

Nie pamiętam kto rzucił hasło wiecu solidarnościowego solidarnościowego młodzieżą warszawską, ale wieść, że w całej Polsce odbędzie się studencki protest, rozniosła się błyskawicznie. Decyzja była jedna – idziemy! Wszyscy. Wszyscy ci z ZSP, i ci z ZMS. Zresztą, wielu należało i tu i tu.

13 marca wieczorową porą, do akademika – mieszkałam wtedy w „Dwudziestolatce”, popularnym „tartaku” – przyszedł jakiś facet i na dole w holu odbyło się zebranie mieszkańców. Próbował nas odwieść od planowanego 48-godzinnego wiecu. Agitator przestrzegał przed konsekwencjami konsekwencjami opowiadał o masowych wystąpieniach młodzieży robotniczej pod hasłem: „Pisarze do pióra, studenci do nauki”. Kiedy wyliczając co większe wrocławskie zakłady, doszedł do Pa-Fa-Wagu, z końca holu, spośród zgromadzonych tam „cywilów” (w akademiku był do późna czynny kiosk „Ruchu” – stąd znalazło się tam trochę ludzi spoza stałych mieszkańców) odezwał się głos: „To nieprawda! Ja tam pracuję o niczym takim nie słyszałem. Róbcie co macie robić!”. Tama pękła, rozległa się wrzawa, której facet już nie potrafił opanować. Odszedł z niczym.

Rano, w Gmachu Głównym – tłum. W Auli Leopoldina – też. Parę minut po ósmej przyszli Jego Magnificencja Rektor i Senat. W cywilu. Bez tog i insygniów. Nie wiem, kto ze studentów panował nad całością, ale na balkonie był chór, który zaintonował „Gaudeamus”. Powstaliśmy. Zaczęło się. Nie pamiętam kolejności wystąpień profesorów, intencja była jedna: zatrzymać nas, nie dopuścić do pobicia przez milicję.

Pamiętam dramatyczne słowa prof. Maleczyńskiego (jestem pewna, że to był On, zmarł później w tym samym roku): „Dzieci, nie dajcie ziębić. Pamiętam powstanie warszawskie!…”. Potem głos zabrał Jego Magnificencja Rektor – Alfred Jahn: „Wy jesteście młodzi, wiele rzeczy wam się nie podoba. Ja jestem stary… (zawiesił głos, cisza była niemal namacalna, co teraz powie?)… i mnie też wiele się nie podoba”. Ogólny entuzjazm, wrzawa, okrzyki: vivat Magnificencja! – niemal zagłuszyły ostatnie słowa: „Jestem z wami. Powierzam wam Gmach Główny na czas wiecu”.

I rzeczywiście. Przez cały strajk Jego Magnificencja był z nami. To on uratował wrocławską młodzież przed wyjściem na ulicę. Był pierwszym, który w tych pamiętnych dniach – ryzykując stanowisko – oddał studentom uczelnię we władanie.

Siedzieliśmy przede wszystkim w Auli Leopoldina. Każdy rozlokował się jak mógł, wszak czekały nas dwa dni w zamkniętym pomieszczeniu.

Nikt nie pilnował porządku, ale w zabytkowej Sali nikt też nie zapalił papierosa. Jakimś trafem, zwykle rozhukani, wszyscy, bez wyjątku, czuliśmy powagę chwili, potrzebę wykazania się dojrzałością, manifestowaną przestrzeganiem dyscypliny, nad którą nikt nie czuwał. Działał autorytet Rektora i Senatu.

Wspomnienia snują się dość bezładnie… Po wyjściu ciała profesorskiego była chwila wahania, jeden z kolegów (pamiętam go) zabrał głos: „To w Warszawie pałują, studenci manifestują na ulicach, a my będziemy jak tchórze chronić sięga autonomią uczelni? Idziemy! Niech wiedzą, że się nie boimy!”. Zakrzyczeliśmy go: „Zostajemy! Obiecaliśmy Magnificencji!”. A Rektor w tym czasie poszedł na rozmowę do tow. Piłatowskiego (imienia nie pamiętam), ówczesnego I sekretarza KW PZPR. Chodziło o to, by ktoś kompetentny, reprezentujący ówczesną władzę, przyszedł na uczelnię, porozmawiał ze studentami, wyjaśnił rzetelnie sytuację panującą w kraju, przyjął postulaty dotyczące wolności słowa i uwolnienia więźniów politycznych. Ależ byliśmy naiwni! Ciągle wierzyliśmy, że żyjemy w normalnym kraju!

Mniej więcej po trzech godzinach, w czasie których organizowaliśmy życie wewnątrz budynku (ukonstytuowanie się sztabu złożonego z władz ZSP i ZMS, sprawy porządkowe, nawiązanie kontaktu z innymi uczelniami bez telefonów, redagowanie treści i drukowanie ulotek, skądś się wzięły wydrukowane ad hoc białe opaski z napisem UNIVERSITAS itp.) wrócił JM Rektor. Dowiedzieliśmy się, że trzymano go około trzech kwadransów pod drzwiami I sekretarza, który w końcu oświadczył: „Wy sobie wiecujcie, a ja mam 5 tys. Dobrze uzbrojonych milicjantów milicjantów wojska”.

A my? Na zewnątrz Gmachu Głównego wywiesiliśmy odpowiedź. Na zszytych naprędce kawałkach białego (skąd się wzięło?) płótna widniał czarny, czytelny napis: „Witamy 5 tysięcy argumentów tow. Piłatowskiego”. Czy było ich tyle?

Z okien widzieliśmy umundurowanych milicjantów, żołnierzy w plamiakach i zasiatkowanych hełmach, armatki wodne i jakichś cywilów, chyba ORMO. Za kordonem na niewielkim placyku koła szermierza i od strony Odry stali wrocławianie. Korciło, żeby wyjść, pokazać się. Na szczęście rozsądek zwyciężał. Co robiliśmy przez te dwa dni?

W Auli Leopoldina mikrofon był rozgrzany niemal do czerwoności. Nieustannie ktoś zabierał głos, na bieżąco informowaliśmy się o tym, co się dzieje na zewnątrz, przybywali emisariusze z innych uczelni: „Polibuda strajkuje, siedzą na Wyspiańskiego, szykują się do odparcia spodziewanego szturmu milicji, tną metalowe rusztowania na „gazrurki”, mówią, że nie wpuszczą żadnych intruzów, autonomia uczelni to rzecz święta! Mają „wejście” na milicyjną częstotliwość radiową i rozsyłają „suki” po całym Wrocławiu na oślep! (Nie wiem czy to ostatnie było prawdą). „Spałowali medyków, dorwali ich, bo nie mają własnej dużej Sali”. „Studenci z Wysrolu nie mają gdzie się podziać bo rektor zamknął uczelnię”. A za chwilę: „Hurra! Wysmol też siedzi. Przykład naszej Magnificencji podziałał!”. „AWF też strajkuje! Jest ich mało, około 180 osób, bo to niewielka uczelnia, ale są z nami”. „Zarzucają nam syjonizm!” „A co to jest ten syjonizm?” (Wtedy nikt nie umiał nam tego jasno wytłumaczyć, domyślałam się jakiegoś związku z Żydami, ale wśród studentów byli Żydzi, z niektórymi nawet się przyjaźniliśmy, bo to było bez znaczenia, skąd więc ten pejoratywny podtekst w prasie?). „Zakładamy komitet redakcyjny, redagujemy rezolucję w imieniu studentów wszystkich uczelni Wrocławia, skierujemy ją do Sejmu. Muszą nam odpowiedzieć!” (Mam przed sobą tekst tej rezolucji, napisany wtedy, w Auli. Trochę rozmazane litery, ale wciąż czytelne. Dziś śmieszy mnie jej stylistyka, ale wtedy byłam z niej – tak jak wszyscy – zadowolona).

„Musimy się skonsultować kolegami z innych uczelni w tej sprawie!”, „Trzeba zorganizować przerzut informacji na inne uczelnie!”.

I było jak trzeba!

Wkrótce dała o sobie znać proza życia. Nie pomyśleliśmy o jedzeniu. Z kawiarenki na parterze w zastraszającym tempie znikało wszystko, co nadawało się do konsumpcji. Jakiś chyba instynkt podpowiedział wrocławianom, że jesteśmy po prostu głowni! Wzruszająca była ich pomoc.

Pamiętam jaki entuzjazm wzbudził kominiarz, który wygłosił słowa poparcia w imieniu swoich kolegów i przyniósł dwa wory jedzenia.

Zbliżała się noc. Późnym wieczorem chór uniwersytecki rozpoczął koncert. „Leciały” pieśni dawne i patriotyczne. Ten patos był potrzebny, oddawał nasz stan ducha, zrobiło się podniośle. Ktoś wziął mikrofon do ręki i zaczął recytować Mickiewiczowską „Redutę Ordona”, ktoś inny przypomniał monolog Gustawa z celi więziennej (wszak od „Dziadów” się zaczęło!). Ranek przyniósł rymowanki na dziadowską nutę, układaliśmy je wszyscy.

Z niecierpliwością czekaliśmy na poranne gazety. A tu – cisza! Nic! Po prostu nic! Tylko Wolna Europa podała niesatysfakcjonującą nas wzmiankę. Byliśmy rozczarowani. Czyżby rację mieli ci, którzy od początku chcieli wyjść na ulicę? Trudne pytanie i trudna odpowiedź. Otuchy dodawała serdeczna obecność JM Rektora i całego Senatu. Zwłaszcza Rektora. Ten niekwestionowanej, światowej sławy uczony glacjolog, był niemal cały czas z nami. Przysiadywał na stopniach podium i rozmawiał jak z równymi. Przekonywał, że robimy słusznie, czyż mogliśmy go zawieść?

Drugiego dnia wiecu, około południa, kiedy rezolucja – plon naszego buntu – została przez kurierów wysłana do Warszawy, Jego Magnificencja poprosił, żebyśmy rozpoczęli ewakuację. Chciał, byśmy opuszczali Gmach Główny stopniowo. Obawiał się, że gdy wyjdziemy tłumnie, może dojść do zamieszek. Tym bardziej, że wśród sprzyjających nam ludzi nie brakło prowokatorów usiłujących wyciągnąć studentów na ulicę.

Byłam w jednej z pierwszych grup opuszczających Gmach Główny Uniwersytetu. Nie było to łatwe. Zalana łzami, wściekła, coś tam bełkotałam w klapy garnituru profesora, który towarzyszył mi do bramy wyjściowej.

Szłyśmy w kierunku Ossolineum, wzdłuż szpaleru żołnierzy z bronią, w zasiatkowanych hełmach . Wróciłyśmy do akademika.

Co było dalej? Następnego chyba dnia przeczytałam na wydziałowej tablicy ogłoszeń podziękowanie JM Rektora i Senatu za naszą postawę podczas strajku, za to, że zachowaliśmy się godnie, że nie daliśmy się sprowokować. Tej treści pisma były na wszystkich wydziałach UW.

Kilku kolegó zatrzymano „z pobudek politycznych”, także za podżeganie do „nieuzasadnionych przerw w nauce”. Jeszcze kilku groził sąd. To już było po „wypadkach majowych”.

Nadszedł czerwiec, na uczelni pozorny spokój. Pozorny bo znowu „dopadł” nas marzec.

Miałam już ukończoną pracę magisterską. 18 czerwca zaniosłam ją do dziekanatu szczęśliwa, wolna jak ptak – przekonana, że do obrony mam co najmniej tydzień – poszłam z chłopakiem opalać się na wyspę Słodową. Wieczorem w akademiku zastałam wiadomość: „Jutro rano bronisz”. Roztrzęsiona dzwonię do mego promotora, wielkiej kultury i dobroci prof. Cz. Hernasa i słyszę: „Właśnie kończę czytać pani pracę, jest zupełnie dobra. A egzamin? Czego się pani boi? Przecież studiowała pani 5 lat!” – Skąd ten pośpiech, nie pojmowałam.

Z obrony nic nie pamiętam, Okazało się, że w tym dniu zorganizowano obrony wszystkim, którym groził sąd za „wypadki marcowe”. Chodziło o to, by stawali przed „wymiarem sprawiedliwości” jako magistrowie, by nie zmarnowano im życia, zakazując obrony pracy magisterskiej. Ja byłam „na dokładkę”, żeby ów pośpiech nie wydawał się sztuczny. Jeszcze raz nasi profesorowie stanęli murem za swoimi studentami, broniąc każdego, nieważne, czy był prymusem, czy nie.

Nasz rocznik nie miał uroczystego wręczenia dyplomów magisterskich. Za karę. Za udział w wiecu. Dopiero po 25 latach, na kolejnym zjeździe absolwentów, spotkaliśmy się, by świętować ukończenie studiów.

Maria Abramowicz-Sobolska

Advertisements

2 thoughts on “Wrocławski Marzec ’68

  1. Anonim

    naprawde zrobil wrazenie. swietny jest.

    naszly mnie rakie refleksje..jest wiele glosow, ze w tych czasach nie ma juz patriotyzmu, a o takich rzeczach jak powyzej mozemy jedynie poczytac.
    tak, to prawda.
    nie ma patriotyzmu.
    nie ma, bo rodzi sie dopiero w sytuacji zagrozenia.
    mysle ze gdybysmy teraz mieli do czyniena z podobnymi okolicznosciami my, jako studenci zrobili bysmy to samo.

    mówią ze dzisiejsze pokolenie nie dba o tradycyjne wartosci, nie interesuje go los kraju. w przypadku jakiejkolwiek katastrofy wyjechali by jak najszybciej za granicę, nie ogladajac sie za siebie.
    mysle ze to nie prawda. a moze sie łudzę?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s